Dwanaście. Tyle pytań o analitykę wraca w rozmowach z klientami w niemal niezmienionej formie, niezależnie od branży. Poniżej odpowiedzi bez owijania — w formie, w jakiej padają przy stole.
Potrzebuje, ale nie po to, po co zwykle się ją instaluje. Nie chodzi o oglądanie wykresów, tylko o jedną odpowiedź: skąd przychodzą ludzie, którzy się z Tobą kontaktują.
Bez tego każda decyzja o budżecie jest zgadywaniem. Firma dokłada do reklamy, bo „chyba stamtąd dzwonią”, i odpuszcza kanał, który po cichu przynosi połowę zapytań. Widzieliśmy to wielokrotnie i zawsze kosztowało to więcej niż godzina poświęcona na konfigurację.
Tak — i to jest pytanie, przy którym najczęściej pada nieprawidłowa odpowiedź.
Cookies analityczne wymagają zgody użytkownika, a wynika to nie tylko z RODO, ale też z przepisów o łączności elektronicznej. Kluczowy jest moment: skrypt analityczny nie może załadować się zanim użytkownik wyrazi zgodę. Baner, który informuje o cookies, a jednocześnie zbiera dane od pierwszej sekundy, nie spełnia tego warunku.
Google udostępnia mechanizm zgody (Consent Mode), który dostosowuje działanie tagów do tego, na co użytkownik się zgodził — osobno dla celów analitycznych i reklamowych. Konfiguruje się go raz, razem z banerem cookies.
To nie jest porada prawna, a wskazanie problemu. Jeśli masz na stronie baner, którego nikt nie sprawdzał od dwóch lat, warto go przejrzeć razem z prawnikiem albo osobą, która wdrażała.
Zależy, ile czasu jesteś gotów poświęcić na naukę narzędzia.
GA4 jest bezpłatny i potrafi bardzo dużo, ale interfejs zaprojektowano dla osób, które siedzą w tym zawodowo. Właściciel warsztatu, który zagląda tam raz w miesiącu, zwykle po dwóch wizytach przestaje.
Prostsze narzędzia analityczne dają mniej danych, za to pokazują je w formie zrozumiałej od razu, a przy okazji zwykle łatwiej pogodzić je z wymogami prywatności. Dla firmy, która potrzebuje czterech liczb miesięcznie, to często lepszy wybór niż GA4 używany w pięciu procentach.
Złe pytanie, chociaż pada najczęściej ze wszystkich.
Sto odwiedzin miesięcznie z frazy „hydraulik Poznań” jest warte więcej niż pięć tysięcy z przypadkowego wpisu, który trafił na portal społecznościowy. Liczba odwiedzin sama w sobie nie mówi nic — dopiero w zestawieniu z tym, ilu z tych ludzi się odezwało.
Praktyczny punkt odniesienia: jeśli strona firmowa ma poniżej dwustu wejść miesięcznie, problemem nie jest analityka, tylko brak widoczności. Wtedy zamiast studiować wykresy, warto zająć się źródłem ruchu.
Bo każde narzędzie liczy inaczej i żadne nie widzi wszystkiego.
Część użytkowników odrzuca cookies i po prostu nie trafia do statystyk. Blokery reklam wycinają skrypty analityczne. Search Console pokazuje kliknięcia z wyszukiwarki, Analytics — sesje na stronie, a to nie to samo zjawisko. Do tego dochodzą różne definicje „wizyty” i różne strefy czasowe.
Rozbieżność rzędu dwudziestu procent między narzędziami jest normą, nie usterką. Wybierz jedno narzędzie jako źródło prawdy i patrz na trend w nim, zamiast godzić liczby między systemami.
To worek na wszystko, czego narzędzie nie potrafi przypisać.
Trafiają tam wejścia z aplikacji do wiadomości, z klientów pocztowych, z dokumentów PDF, z zeskanowanych kodów QR, z linków wklejonych ręcznie — i te po odrzuceniu cookies. Nie oznacza to, że tylu ludzi wpisało adres z pamięci.
Duży ruch bezpośredni to zwykle sygnał, że linki w kampaniach nie są oznaczone. Parametry UTM w linkach z newslettera czy z profilu społecznościowego rozwiązują większość tego problemu i zajmują minutę na link.
Trochę tak, choć rzadko na tyle, żeby to był Twój największy problem.
Każdy skrypt analityczny to dodatkowe pobranie pliku i trochę pracy przeglądarki. Sam GA4 waży niewiele, ale problem zaczyna się przy nawarstwieniu: menedżer tagów, w nim analityka, piksel jednej platformy reklamowej, drugiej, mapa ciepła, czat, baner cookies. Każde z osobna „prawie nic nie waży”, a razem potrafią dołożyć sekundę na telefonie.
Praktyczna zasada: raz na pół roku przejrzyj listę zainstalowanych narzędzi i usuń te, do których nikt nie zagląda. Zwykle znajdują się co najmniej dwa. Jeśli chcesz zabrać się za szybkość poważniej, punkty do poprawy zebraliśmy w tekście o tym, jak przyspieszyć stronę na WordPressie.
W dziewięciu przypadkach na dziesięć nie stało się nic ze stroną — przestał działać pomiar.
Najczęstsza przyczyna to przebudowa albo zmiana szablonu: kod śledzący siedział w pliku motywu i zniknął razem z nim. Kolejne w kolejności: ktoś zmienił ustawienia banera cookies i skrypt przestał się ładować, wygasł dostęp do konta, albo strona przeszła na nową domenę bez przeniesienia konfiguracji.
Zanim zaczniesz szukać przyczyn biznesowych, sprawdź najpierw, czy narzędzie w ogóle zbiera dane: wejdź na stronę z telefonu i zobacz, czy wizyta pojawia się w raporcie na żywo. To pierwsza pozycja, którą warto odhaczyć po każdym większym wdrożeniu — dopisaliśmy ją zresztą do checklisty przed uruchomieniem strony.
Cztery wystarczą, żeby wiedzieć, co się dzieje:
Wszystko poza tym — czas na stronie, współczynnik odrzuceń, liczba użytkowników w czasie rzeczywistym — jest ciekawostką, dopóki nie wiesz, co zamierzasz z tym zrobić.
Jedna rada praktyczna: przepisuj te cztery liczby raz w miesiącu do zwykłego arkusza, zamiast wchodzić do narzędzia i porównywać wykresy z pamięcią. Po pół roku będziesz miał własny szereg danych, którego żaden panel nie pokaże w tej formie — a przy okazji zauważysz sezonowość, którą inaczej łatwo pomylić ze spadkiem skuteczności.
Trudniej, niż się wydaje, bo droga z artykułu do zlecenia rzadko bywa prosta.
Typowy przebieg: ktoś czyta tekst, nie robi nic, po dwóch tygodniach wpisuje w wyszukiwarkę nazwę firmy i dopiero wtedy dzwoni. W statystykach zobaczysz wejście bezpośrednie albo z wyszukiwarki — artykuł nie dostanie żadnego przypisania, chociaż to on wykonał robotę.
Dlatego przy blogu patrzy się na dwie rzeczy jednocześnie: czy ruch z wyszukiwarki rośnie z miesiąca na miesiąc oraz czy w odpowiedziach klientów na pytanie „skąd Pan o nas wie” zaczynają pojawiać się tematy, o których pisaliście. Ta druga metoda jest mniej elegancka i częściej prawdziwa.
Ustawić kliknięcie w numer telefonu jako mierzone zdarzenie — na telefonie to jedno kliknięcie i da się je policzyć.
To nie pokaże rozmów wykonanych z numeru przepisanego ręcznie, ale wyłapie większość ruchu mobilnego. Bez tego strona usługowa pokazuje konwersję bliską zeru i wygląda na nieskuteczną, podczas gdy telefon dzwoni codziennie. Ten sam problem opisaliśmy szerzej przy okazji tekstu o tym, ile kosztuje Google Ads dla małej firmy — tam błędny pomiar potrafi wywrócić cały rachunek opłacalności.
Dla większości małych firm — nie na starcie.
Płatne narzędzia mają sens wtedy, gdy ktoś realnie z nich korzysta i gdy zależy Ci na prostszej zgodności z przepisami o prywatności. Jeżeli nikt w firmie nie zagląda do statystyk, płatne narzędzie zmieni tylko tyle, że nie będziesz zaglądać do droższego.
Kolejność, którą sugerujemy: najpierw poprawnie skonfigurowany pomiar zapytań, potem nawyk patrzenia raz w miesiącu, a dopiero na końcu rozmowa o narzędziach. Odwrotna kolejność kończy się subskrypcją, z której korzysta się dwa razy w roku.
Sprawdź, czy w ogóle mierzysz zapytania. Nie odwiedziny — zapytania. Wejdź na własną stronę z telefonu, wyślij formularz testowy i zobacz, czy w statystykach pojawiło się zdarzenie. U połowy firm, które o to pytamy, nie pojawia się nic.
Jeżeli nie masz pewności, jak to sprawdzić na swojej stronie — odezwij się, to kwestia jednego przejścia przez konfigurację.
A jeśli statystyki pokazują, że ruchu po prostu nie ma i nie bardzo jest co mierzyć, zacznij od innej strony — od pozycjonowania lokalnego dla małej firmy. Analityka pokazuje, co się dzieje; nie sprawia, że zaczyna się dziać.